List otwarty do właścicieli punktów gastronomicznych w Lidzbarku Warmińskim

tarta z ciasta francuskiego z cukinią, rzodkiewką i serem pleśniowym

Mieszkam w Lidzbarku Warmińskim, pięknym niedużym miasteczku w sercu Warmii, z liczbą mieszkańców nieprzekraczającą szesnastu tysięcy.

Postanowiłam napisać ten list w trosce o lepszą jakość potraw serwowanych w punktach gastronomicznych w naszym mieście. Z myślą o nas, mieszkańcach, ale i turystach, którzy przyjeżdżają do nas także z większych miast.

Jak każdy z nas potrzebuję czasami wyjść z domu, ze swojej kuchni, i zjeść na mieście coś dobrego. Wydawać by się mogło, że to niezbyt wygórowane wymagania, a jednak… Jakby dobrze policzyć to w moim mieście jest kilkanaście punktów gastronomicznych i w większości z nich można odczuć, że ktoś zwyczajnie ma nas za niewymagających. Być może niektórym wydaje się, że Lidzbarczanie to prości ludzie, którzy nie mają pojęcia o dobrym jedzeniu. Nie każdy musi się interesować kulinariami, ale każdy z nas lubi dobrze zjeść. Jestem pewna, że spora część z nas liczy się z wydawanymi na przyjemności pieniędzmi. Dlaczego w takim razie nie liczą się z nami właściciele punktów gastronomicznych w naszym mieście? Przecież to my utrzymujemy ich biznesy, a mam wrażenie, że czasami jest to nieuczciwa wymiana dóbr. Przyjrzyjmy się kilku sytuacjom z życia wziętym.

Jadłam w większości lidzbarskich knajp i mogę z czystym sumieniem polecić tylko dwie, ewentualnie trzy. Jedną, która trzyma poziom od lat, drugą, w której można zjeść domowe jedzenie, ale rozgotowany ryż czy makaronu w zupie to norma, oraz trzecią, która ma prawdziwy klimat restauracji, widać rękę właściciela, ale kuchnia mnie nie zachwyca.

Kiedyś podczas pracy dopadł mnie głód. Odwiedziłam więc jedno z popularnych miejsc z zapiekankami, kurczakiem z rożna itd. Zamówiłam „hamburgera” w cenie 7zł. Pomyślałam, że to drogo, bo pamiętam czasy, gdy takie kanapki kosztowały 4,50, ale byłam głodna i nie miałam czasu do stracenia. Co dostałam? Bułkę pełną kapusty, majonezu, ketchupu i kotleta (w smaku przypominającego tekturę) o grubości 2mm. Nie, nie wymagam w tej cenie grubego kotleta wołowego, musztardy dijon czy świeżo upieczonej bułki. Chciałabym zjeść mięso, które ma chociaż 2cm grubości, nie było usmażone pół roku temu, a potem zamrożone, oraz świeże warzywa, bez sztucznych sosów a`la vinegrete. To było tak podłe żarcie, że nawet podzieliłam się zdjęciem na swoim Fanpage`u. Nigdy więcej tam nie wrócę.

Innym razem, w innej knajpie zamówiłam rybę w cenie 25zł. „Zaszaleję!”- pomyślałam. No i zaszalałam- większość talerza stanowiły w połowie niedogotowane ziemniaki oraz surówka. Mięsa było co najwyżej na cztery kęsy. W takiej cenie spodziewałam się chociaż jednego filetu, a nie dwóch małych kawałeczków. Nie mówię już o tym, że ryba była mrożona, o czym pomyślałam dopiero po zamówieniu. Ponadto stado much siadających na moim jedzeniu skutecznie odbierało mi radość ze świętowania. Nie chcę nawet myśleć, gdzie te muchy siedziały wcześniej. Wszystko było ogólnie smaczne (oprócz surowych ziemniaków), ładnie podane, więc chciałam życzliwie podzielić się opinią o swojej kulinarnej przygodzie z uprzejmą panią, która nas obsługiwała. Na wieść o surowych ziemniakach po prostu kiwnęła głową (inna pani, chyba kucharka, tylko nasłuchiwała z korytarza o czym mówię), a na muchy ponoć nie ma tam mocnych. Co mnie jednak uderzyło to to, że pani sprawiała wrażenie urażonej tym, że miałam uwagi. Wyszłam z poczuciem, że jestem jedną z „czepiających się” klientek. Wydaliśmy 90 złotych na obiad dla dwóch osób bez deseru. Dziewięćdziesiąt złotych to minimum dziesięć godzin pracy w Lidzbarku. Za takie pieniądze naprawdę chciałabym chociaż poczuć, że nie żałuję. Nie wymagam zachwytu nad kulinarnymi zdolnościami szefa kuchni, ale choćby profesjonalnego podania. Zjadłam tam natomiast bardzo poprawne w smaku flaki. Czy wrócę? Tylko na pierogi, które ponoć mają dobre, ale nie było ich, kiedy przyszliśmy…

Kolejna historia, tym razem mojej koleżanki, to dość prozaiczny problem, ale pokazuje jak łatwo można wprowadzić klienta w błąd i zakłopotanie. Koleżanka jest wegetarianką (nie je mięsa oraz ryb). W karcie znalazła naleśniki ze szpinakiem, na które miała wielką ochotę. Co się jednak okazało po pierwszym kawałku? W naleśnikach był również boczek… Obsługa nie potrafiła jednak zgrabnie wybrnąć z sytuacji, bo koleżanka poczuła się negatywnie przez nią oceniona. Wyszła ze spuszczoną głową, płacąc za naleśnika, którego nawet nie zjadła… Efekt końcowy jest taki, że więcej nie wróci tam na nic do jedzenia, ewentualnie na piwo.

To, że w lidzbarskich knajpach podaje się mrożone produkty odgrzewane w mikrofalówkach to norma, nie tylko u nas, niestety. Jednak zimny kebab czy ugotowana w tej mikrofalówce karkówka to już lekkie przegięcie.

Jest jednak u nas lokal, w którym nawet nie ma kuchni, a podaje się tam jedzenie. Jak to możliwe? Przywozi się tam gotowe półprodukty i jakoś starają się to złożyć w całość. Zamówiłam tam sałatkę z kurczakiem. Co dostałam? Michę sałaty lodowej z równie lodowym, smażonym rano albo i dzień wcześniej, kurczakiem, całość posypaną vegetą… To był mój pierwszy raz od długiego czasu, gdy nie miałam ochoty zjeść tego, co mi podano. Innym razem zamówiłam lody za 18 złotych… 18 złotych!!! Dostałam 2 lub trzy gałki lodów oraz zwietrzałe i nieświeże produkty w niewielkiej ilości. To było po prostu przykre… Jak tak można? Dlaczego w takiej cenie podaje się jako dodatki podróbki znanych słodyczy, a nie oryginały? To, i ten zimny kurczak z vegetą skutecznie zniechęciły mnie do powrotu w tamte progi. Tym razem również przekazałam swoje uwagi pani, która nas obsługiwała. Niestety, reakcja podobna. Może chociaż przekazała właścicielowi? Mam nadzieję. W takich sytuacjach zastanawia mnie brak reakcji w stylu podarowany upust lub zapewnienie, że następnym razem dołożą wszelkich starań, by nie zawieźć…Potrzeba tak niewiele, zwłaszcza w najdroższej knajpie w mieście…

Zdaję sobie sprawę, że prowadzenie knajpy, baru czy restauracji to nie jest bułka z masłem. Ale obserwując ilość zamykanych lokali, w miejsce których pojawią się nowe, zastanawiam się czy właściciele byli otwarci na uwagi swoich konsumentów. Czy obsługa pytała dlaczego wrócił cały talerz zupy albo drugie danie nietknięte? Wydaje mi się, że nie.

Drodzy właściciele punktów gastronomicznych, proszę Was, uszanujcie nasze ciężko zarobione pieniądze. Nie róbcie z nas głupków, nie serwujcie kilogramów glutaminianu sodu, gotowców i nieświeżego jedzenia. Nie kombinujcie ze zbyt skomplikowanymi daniami, jeśli nie macie o tym pojęcia. Ugośćcie nas jak swoich bliskich, a wrócimy i to w większym gronie.

11c komentarze/y do List otwarty do właścicieli punktów gastronomicznych w Lidzbarku Warmińskim

Odpowiedz

  

  

  

Możesz użyć tych znaczników HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>